Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

NONSZALANCJA Z ODROBINĄ PRZYZWOITOŚCI

Mój ulubiony i według mnie najbardziej charyzmatyczny polski wokalista rockowy. Dzięki niemu, dawno temu zwróciłam uwagę na to, że dla mężczyzny wizerunek też może być czymś istotnym. Opowiedział mi m.in. jak wpłynęły na jego podejście do mody częste podróże do Stanów, jak przygotowuje stylizacje na scenę, jakich używa perfum i czy rywalizuje o najlepsze ciuchy z kolegami z Lady Pank. Pod pretekstem mody rozmawiam z Januszem Panasewiczem.

Róża Augustyniak: Przyjeżdżając na wakacje do Olecka, twojego rodzinnego miasta, gdzie się poznaliśmy, zawsze przykuwałeś moją uwagę imagem. To był początek nowego milenium. Wydaje mi się, że podróże do Stanów mogły mieć wpływ na twoje podejście do mody. Oprócz nowych płyt i wrażeń, którymi się dzieliłeś, prawdopodobnie przywoziłeś też inspiracje dotyczące mody i oczywiście same ubrania.

Janusz Panasewicz: Styczność z tamtą rzeczywistością, mogła w jakiś sposób wpłynąć na to, jak wyglądam, nigdy się jednak nie zastanawiałem, czy znam się na modzie. Po prostu wyczuwałem, co będzie dla mnie odpowiednie i znajdowałem rzeczy, w których czuję się dobrze. Na pierwszy wyjazd z Lady Pank do Stanów pojechałem w 1986 roku, w Polsce trwał komunizm. Jechaliśmy promować płytę “Drop everything”. Nie miałem specjalnie pieniędzy, żeby pozwolić sobie na zakupy. Natomiast, gdy my się poznaliśmy, byłem już po kilku wyjazdach. Często podróżowałem do Stanów na przełomie lat 80-tych i 90-tych oraz w latach 90-tych. Mieszkałem tam nawet przez około półtora roku. Najpierw miałem okres rockowy, później bardziej hip hopowy, kiedy nosiłem bardzo szerokie spodnie. Pamiętam, że to, co wtedy zobaczyłem w Stanach, w Polsce było absolutnie niespotykane. Znajomi pokazali mi sklepy, w których pełno było oryginalnych, scenicznych ubrań, naprawdę awangardowych, jak na tamte czasy. Sprzedawcy w tych butikach też zawsze byli odpowiednio wystylizowani, a muzyka adekwatna do miejsca. Spacery uliczkami w Chicago, czy na dolnym Manhattanie były bardzo wciągające. Fajne miejsca znajdowały się też przy China Town, gdzie była absolutna mieszanka kultur. Spacerując Brodway`em w kierunku China Town, czy idąc Canal Street, cały czas coś się działo. Po drodze zmieniali się ludzie, sklepy, muzyka. To był szok kulturowy. Wszystko było dostępne. Jeśli miałeś wyobraźnię i wiedziałeś, co chcesz na siebie włożyć, nie było problemu żeby to znaleźć. W tej chwili, gdy jadę do Anglii, czy Stanów, nie przeżywam już takiego szoku, dlatego, że wiele rzeczy, które są tam, można znaleźć tutaj.

Oprócz twojego stylu i ubrań, zapadły mi w pamięć również twoje perfumy. Jesteś wierny zapachom, czy zmieniasz je raz na jakiś czas, albo w zależności od nastroju?

W latach 80-tych perfumy można było dostać wyłącznie w Pewexie. W sklepach był Wars, Sawa albo perfumy Lady Pank wyprodukowane przez firmę polonijną. Były raczej słabe, w butelkach przypominających biały bez, pachnące konwaliami. Pierwsze perfumy, które mnie zainteresowały stworzyła Caroline Herrera. Trafiłem na nie podczas wyjazdu do Stanów w osiemdziesiątym szóstym. Później odkryłem perfumy Issey Miyake, których używam do dziś. Jedynie latem zdarza mi się zamienić je na inny zapach, dający powiew świeżości – “napowietrzny” – jak to nazywam.

A wiesz jaki skład mają te perfumy, albo nuty zapachowe?

Nie, ale to na pewno bardzo dobry skład, bo nie odczuwam żadnego dyskomfortu, a skoro moja skóra je lubi, to znaczy, że są dobre. Próbowałem używać różnych perfum, ale po dziesięciu minutach coś zaczynało mnie drapać. Wydaje mi się też, że kiedy używasz perfum, nie powinieneś emanować nimi na odległość dwustu metrów, ani samemu ich czuć. Ten zapach ma być zarezerwowany dla kogoś bliskiego, wybranego, kto jest z tobą intymnie.

Janusz Panasewicz Lady Pank

Wydaje mi się też, że kiedy używasz perfum, nie powinieneś emanować nimi na odległość dwustu metrów, ani samemu ich czuć. Ten zapach ma być zarezerwowany dla kogoś bliskiego, wybranego, kto jest z tobą intymnie.
Ja jestem torebkoholiczką, a ty zdajesz się być okularoholikiem. Okulary to twój nieodłączny atrybut.

Trochę ich mam. Nie zliczę natomiast, ile tysięcy koncertów zagrałem dostając białym światłem po oczach. Mając dwadzieścia parę lat, masz to gdzieś, ale po iluś latach, poczułem, że łzawię od tych świateł. Zacząłem używać okularów i mam ich sporo. Od dłuższego czasu lubię te, które produkuje Slav Nowosad. Z uwagi na to, że często ich używam, wolę mieć takie, które są trwałe.

Wymyślasz stroje, w których występujesz na scenie?

Jak najbardziej. Pamiętam, jak w latach 90-tych przygotowywaliśmy recital w Opolu. Zapragnąłem wystąpić w czarnym surducie. Wiedziałem, jak miałby wyglądać, ale nigdzie nie mogłem takiego znaleźć, nawet w Anglii. Ktoś mi powiedział, że w okolicach klubu Stodoła, w Warszawie, mieszka dziewczyna, która świetnie szyje. Umówiłem się z nią, przyszedłem do jej mieszkania, poprosiłem o kawałek papieru i narysowałem to, o co mi chodzi, tak jak potrafię. Zaznaczyłem jak ma wyglądać w talii i dokąd sięgać. Nie chciałem dwurzędowego surduta ze stójką, który widziałem np. u Stonesów, ale jeden rząd wielkich guzów i wywinięty kołnierz. Dziewczyna wysłuchała mnie, zrobiliśmy przymiarki, a potem dostałem instrukcje, gdzie kupić welur i guziki. Wychowywała małe dziecko, więc było jasne, że nie ma możliwości załatwić tego sama. Surdut był czarny, wymyśliliśmy do niego czerwoną podszewkę. Występowałem rozpięty, więc fajnie to wyglądało oświetlone na scenie. Welur też pięknie się mienił. Pytano mnie później, gdzie to kupiłem. Wyobraź sobie, że to wisi w tej chwili jako eksponat w Muzeum Piosenki Polskiej w Opolu za szkłem! Zadzwonili do mnie z pytaniem, czy mam coś, co mogłoby ich zainteresować. Przekazałem cały kostium z tego koncertu: surdut, polakierowane, świecące spodnie, które kupiłem w Stanach i dziwny kapelusz z drutem, porozcinany po bokach, który zaprojektowała moja przyjaciółka z Chicago. W tym czasie przygotowywała też nakrycia głowy dla Dennisa Rodmana.

To było coś najbardziej oryginalnego, co założyłeś na scenę?

Jedno z bardziej oryginalnych, bo od początku sam wszystko wymyśliłem. Do tego były jeszcze lakierowane glany do kostek, na grubej podeszwie, z białymi przeszyciami.

Mam trochę okularów. Nie zliczę natomiast, ile tysięcy koncertów zagrałem dostając białym światłem po oczach. Mając dwadzieścia parę lat, masz to gdzieś, ale po iluś latach, poczułem, że łzawię od tych świateł. Zacząłem używać okularów i mam ich sporo.
Podczas ostatniego Super Hit Festiwal w Sopocie, wystąpiłeś w białej ramonesce założonej do białego t-shirtu. To nieoczywiste zestawienie. Pomyślałam, że niejeden facet zastanawiałby się, czy można ze sobą połączyć te dwie rzeczy. Ba, pewnie wiele kobiet miałoby z tym problem.

Nikt mi nie podpowiadał, a nawet byli przeciwnicy tego pomysłu! Widziałem kiedyś Michaela Jacksona w jednym z clipów – występował w czarnych spodniach z suwakami, białym t-shircie i białej, lekko pogniecionej koszuli, która powiewała na wietrze. Bardzo ładnie to wyglądało i współgrało z tym, o czym śpiewał. Nie byłem nigdy wielkim fanem Jacksona, ale szanowałem go i przyglądałem się temu, co robi. Po latach przypomniał mi się ten obraz. Zamiast koszuli postanowiłem wykorzystać ramoneskę. Skórzane kurtki robi dla mnie fachowiec specjalnie na zamówienie. Jakiś czas temu wybrałem kilka rodzajów skór i opisałem, na jakim efekcie mi zależy. To nie mogły być ciężkie, motorowe ramoneski, bo zdechłbym w nich na scenie. Wyglądają klasyczne, ale są wykonane z cienkich skór. Mam białą, żółtą, czerwoną, fioletową… Taka kurtka załatwia wiele rzeczy, można z nią kombinować. Gdy zobaczyłem tę białą, o której mówisz, od początku miałem wizję, z czym ją połączyć. Chciałem być przede wszystkim elegancki i uszanować wagę wydarzenia oraz to że otwieramy festiwal, ale musiałem też czuć się swobodnie. Uparłem się, że to będzie biała góra, czyli kurtka i powyciągany t-shirt i czarny dół: buty i wąskie, trochę poprzecierane spodnie. Na scenę najczęściej zakładam czarne. Mogą też być białe, albo w innych kolorach, ale nigdy dżinsy. Jeżeli występowałem w dżinsach na scenie przez 35 lat, to może z dwa razy. Buty obecnie produkuje dla mnie firma, której jestem ambasadorem. Przygotowują specjalne wzory i przysyłają mi je partiami. Uzgadniamy wcześniej, jakie bym chciał – np. czarne z białymi piętami – takie właśnie miałem w Sopocie. Chciałem, żeby kamera mogła uchwycić, że wszystko jest czarne, tylko pięta się odznacza.

Janusz Panasewicz Lady Pank

Uważam, że Lady Pank to jeden z najlepiej ubranych zespołów w tym kraju. Od zawsze.
Właśnie – jak odnajdujesz się w roli ambasadora marki Domeno?

Firmę prowadzi bardzo miły chłopak. Kiedy się poznaliśmy, zapytał mnie czemu ciągle biegam na scenie w ,,adikach”, a ja w nich biegam, bo są wygodne! Jagger też wybiera np. najki. Wyglądają na eleganckie, ale są sportowe. Ja mam podobnie – żeby ruszać się na scenie przez dwie godziny – muszę mieć super wygodne, sportowe buty. Z Domeno współpracuję już ponad rok i jestem bardzo zadowolony. Mało tego – wprowadziliśmy linię ,,Panas”. Zaproponowali mi trzydzieści modeli butów, z których wybrałem około ośmiu, które uważam za fajne stylistycznie. Pierwszy raz w życiu mam swoją linię! Widzę, jak świetna jest jakość tych butów, choćby po ich podeszwach. Jeśli mam za nie odpowiadać i reklamować je swoim nazwiskiem, muszą być takie, jakie lubię.

Skórzane kurtki robi dla mnie fachowiec specjalnie na zamówienie. Jakiś czas temu wybrałem kilka rodzajów skór i opisałem, na jakim efekcie mi zależy. To nie mogły być ciężkie, motorowe ramoneski, bo zdechłbym w nich na scenie. Wyglądają klasyczne, ale są wykonane z cienkich skór. Mam białą, żółtą, czerwoną, fioletową… Taka kurtka załatwia wiele rzeczy, można z nią kombinować.
Jest jakaś inna marka, np. zagraniczna, z którą marzy ci się współpraca?

Jeremy Scott to gość, którego uwielbiam, pracuje z adidasem. Mam dużo jego butów, ale nie tylko buty mi się podobają. Chodzi o perspektywę, modowe szaleństwo, wariactwo. Robi kostiumy na scenę, które wyglądają jak stroje surferów! Inny projektant, którego bardzo lubię to Cavalli. Mam parę jego rzeczy. Nie można tego z niczym porównać, są wykonane z dbałością o każdą niteczkę. Cavalli jest elegancki, ale robi też luzackie rzeczy. Cenię go za niesłychaną jakość i delikatność. Dotykasz i aż chce ci się zjeść te ubrania.

Wracając do inspiracji Jacksonem – przyglądasz się innym artystom, szukając pomysłu na strój dla siebie?

Pewnie, że tak. Przypominają mi się różne obrazy. Zawsze świetnie ubrany jest np. Mick Jagger. Patrząc na całą jego karierę – zawsze świetnie wyglądał. Robi to, co mi się bardzo podoba, czyli miksuje klasykę z takim trochę dziwacznym rock`n`rollem. Uwielbiam nieład i niechlujstwo połączone z klasyką. Możesz mieć podarte portki, a do tego elegancką marynarkę – to według mnie w porządku.

Ja to nazywam nonszalancją. A ty jak byś określił swój styl?

To taka nonszalancja z odrobiną przyzwoitości.

Przywołujesz Jaggera – przeczytałam gdzieś, że zapragnąłeś zostać muzykiem, kiedy zobaczyłeś zdjęcie Stonesów. Ich wygląd cię zafascynował?

Jako dzieciak znalazłem kiedyś w Olecku jakąś angielską gazetę. Poszedłem do mojego ojca i spytałem, kim są ludzie na zdjęciu. Polska prasa nie pokazywała wtedy takich artystów. Dwudziestoletni Jagger i Richards w kraciastych marynarkach, pozostali muzycy ubrani kolorowo… Marynarki widywałem wtedy jedynie na pochodach pierwszomajowych, ale nie były pstrokate, jak te ze zdjęcia. Ojciec powiedział mi wtedy: Tam ludzie mogą sobie pozwolić na wiele rzeczy, bo są wolni. Ja nie wiedziałem wtedy, że nie jestem wolny. Nie znałem takiego pojęcia. Później poznałem starszych kolegów, którzy słuchali Stonesów i w taki sposób reagowali na tę muzykę, że zacząłem się nią interesować. Sam byłem wtedy na etapie słuchania Ewy Demarczyk i Młynarskiego, którzy interesowali mnie ze względu na tekst i szczególną estymę sceniczną. Stonesi nie za bardzo mi się spodobali. Właściwie od ich muzyki wolałem to, jak wyglądają. Słuchałem wtedy długich dźwięków i 20-minutowych piosenek Pink Floyd, a tu nagle wariaci, którzy trochę nie stroją, ale było w nich coś interesującego i powoli w to wsiąknąłem.

 Mick Jagger zawsze świetnie wyglądał. Robi to, co mi się bardzo podoba, czyli miksuje klasykę z takim trochę dziwacznym rock`n`rollem. Uwielbiam nieład i niechlujstwo połączone z klasyką. Możesz mieć podarte portki, a do tego elegancką marynarkę

Wspominałeś kiedyś, że na początku twojej kariery, Jarek Szlagowski był doradcą w kwestiach mody i czasami korzystałeś z jego podpowiedzi.

Tak. Jarek mieszkał w Warszawie, miał sporo znajomych. Zawsze był ktoś, kto pracował w ambasadzie, albo na placówce dyplomatycznej, dzięki czemu miał dostęp do muzyki i wiedział, jak wyglądają kapele. Jest też estetą i zawsze zwracał uwagę na wygląd. Służył prostymi, drobnymi uwagami.

Twój kolega z Lady Pank, Janek Borysewicz też bardzo dobrze się ubiera. Krzysiek Kieliszkiewicz również – czy była kiedykolwiek między wami rywalizacja, o to kto bardziej się wyróżni na scenie, kto ma fajniejsze ubrania?

Nie odczuwam żadnej konkurencji, raczej wspomaganie. Jeśli chodzi o Kielicha, to uważam go za jednego z najbardziej eleganckich artystów w Polsce. Gdy jedziemy np. do Londynu, lubimy chodzić razem na zakupy. Kiedyś chodziło się na Greenwich, które teraz przestało być tak artystycznym miejscem i zrobiło się komercyjne. Pamiętam, że któregoś razu, będąc w innej dzielnicy, odebrałem telefon od Krzyśka i Kuby: ,,Panas, przyjedź, widzieliśmy coś dla ciebie, musisz to kupić”. To fajne, kiedy ludzie z jednej kapeli potrafią się tak zachować. W zespole to strasznie ważne. Przed koncertem pokazujemy sobie ciuchy, wymieniamy się uwagami, śmiejemy. Po tylu latach wiemy też, co warto założyć. Nawet w pośpiechu przed koncertem, zatrzymuję się i wiem, że czasem lepiej zmienić koszulkę na jasną, żeby pojawił się kontrast, gdy wszyscy akurat ubraliśmy się na czarno. Bardzo lubię grać w clipach i filmach. Wyczuwam światło, umiem się ustawić. To ogromnie ważne na scenie. Zawsze patrzę na cały zespół. Uważam, że Lady Pank to jeden z najlepiej ubranych zespołów w tym kraju. Od zawsze. Robiąc pierwszą sesję na płytę Lady Pank, pracowaliśmy ze wspaniałą stylistką Aleksandrą Laską-Wołek. Wiedziała, że nie jesteśmy zespołem punkowym, ale chciała w nasz wizerunek tchnąć jakiś punkowy element. Zrobiła nam przerysowany make-up, a mnie na szyję założyła smycz swojego psa. Przecierałem oczy ze zdumienia! Była prekursorem, a ta sesja przeszła do historii. Od początku, w przypadku naszego zespołu widać było, że każdy z nas jest inny. Trudno nas zaszufladkować. Przede wszystkim wiemy o czym gramy i w związku z tym wiemy, co do tego założyć.

Janusz Panasewicz Lady Pank

Spotykasz się z komplementami, że jesteś dobrze ubranym mężczyzną?

Tak, ale nie jest to jakieś nachalne i częste. Raczej wśród fanów. Widać, że zwracają na to uwagę. Wiem, że wychodząc na scenę jestem dla ludzi, ale podstawą jest to, żebym dobrze się czuł. Wtedy ludzie też to wyczuwają.

Nie chcesz być przebrany, tylko ubrany.

Mniej więcej, tak samo ubieram się na co dzień. Trudno to u mnie właściwie rozróżnić. Są oczywiście typowo sceniczne stroje, w których nie wyjdę na ulicę, ale najczęściej mieszam je z codziennymi. Mam świadomość, że ludzie mnie znają, więc nawet jak wybieram się do sklepu po bułki, niekoniecznie na jakąś szczególną imprezę, staram się wyglądać schludnie i przyzwoicie. Zwracam na to po ludzku uwagę, bez większej przesady.

Mniej więcej, tak samo ubieram się na co dzień. Trudno to u mnie właściwie rozróżnić. Są oczywiście typowo sceniczne stroje, w których nie wyjdę na ulicę, ale najczęściej mieszam je z codziennymi.

Czy ktoś doradzał ci kiedyś w kwestiach mody?

Oczywiście. Np. Ewa, matka moich dzieci. To osoba, która dużo widzi. Pracuje w wytwórni płytowej z artystami i zwraca na to uwagę.

A styliści, profesjonaliści?

Raczej nie, chociaż jest parę osób, które lubię. Dziewczyna, która współpracuje z Michałem Szpakiem znalazła kiedyś dla mnie cekinową kurtkę na sylwestrowy koncert we Wrocławiu. Założyłem ją jedynie dwa razy, bo jest tak sceniczna i zapamiętliwa. Robiłem też przez jakiś czas zakupy u Kupisza. Po obejrzeniu jakiegoś programu telewizyjnego zorientowałem się jednak, że co druga osoba jest “w Kupiszu”. Lubię Roberta, robi bardzo fajne, nowoczesne rzeczy, ale stwierdziłem, że sam wolę sobie coś narysować, zanieść gdzie trzeba i uszyć.

Gdy bierzesz udział w sesjach zdjęciowych, styliści pewnie wiedzą, co mniej więcej może ci się spodobać.

Miałem dziesiątki sesji w życiu. Zupełnie inaczej jest, jeśli to sesja na płytę, a co innego, gdy powstaje przy okazji dużego wywiadu. Zawsze miałem szczęście do dobrych fotografów, albo może mam gębę, z którą dobrze się im pracuje. Lubię zdjęcia, radzę sobie z nimi, jestem cierpliwy. Gdy dzwoni stylista i pyta o wymiary, oczywiście podaję, ale zawsze mówię, że przywiozę swoją walizkę, bo mam mnóstwo dziwnych rzeczy. Nie pamiętam, czy niektóre z nich miałem kiedykolwiek na sobie. Najczęściej miksujemy. Ja mam coś fajnego, stylista ma swój pomysł i spotykamy się w połowie drogi. Wszyscy wiedzą, że zawsze przywożę dużo swoich rzeczy. Często faceci-styliści pytają mnie, gdy otwieram walizkę: ,,O kurde, skąd to masz?” Cieszy mnie, że potrafię zaskoczyć ludzi, którzy zajmują się tym zawodowo i znają się na modzie.

Zaproszono mnie na pokaz i posadzono obok Jerzego Kryszaka. Na scenie było kilka topowych modelek, m.in. moja ulubiona Ewa Pacuła. To był bardzo awangardowy pokaz. Większość facetów patrzyła na modelki, zainteresowana, czy mają fajny tyłek, a nie bieliznę. Nie ukrywam, że ja pewnie też.

Odbywając mnóstwo podróży po Polsce, przy okazji koncertów, masz szansę obserwować zmieniające się mody. Czy zauważasz, że mężczyźni zaczęli bardziej zwracać uwagę na to jak się ubierają?

Na pewno jest lepiej niż było. Myślę, że najbardziej widać to w dużych miastach. Wystarczy pójść na Plac Zbawiciela i można spotkać dużo fajnie poubieranych ludzi – kolorowych, czasem dziwnych. W mniejszych miejscowościach zauważam standard: kaptur na głowie i bejsbolówka. Ludzie nie zwracają uwagi na wygląd, nie zarabiają dużo i nie stać ich na wiele rzeczy, w związku z tym wybierają jarmarki albo ciuchlandy. Dalej królują też złote łańcuszki.

Robisz czasami zakupy przez internet?

Nie siedzę przed komputerem w poszukiwaniu ciuchów. Parę razy kupiłem jakieś proste t-shirty. Poza tym, żeby coś kupić, najpierw muszę to zobaczyć i dotknąć. Zdjęcia niczego nie oddają, a możliwość zwrotu tylko mnie denerwuje. To dla mnie strata czasu.

Wszyscy wiedzą, że zawsze przywożę dużo swoich rzeczy. Często faceci-styliści pytają mnie, gdy otwieram walizkę: „O kurde, skąd to masz?” Cieszy mnie, że potrafię zaskoczyć ludzi, którzy zajmują się tym zawodowo i znają się na modzie.

Lubisz fajne ubrania, ale nie spotkamy cię raczej na pokazach mody? 

Ostatni raz byłem jakieś 10 lat temu, na pokazie bielizny w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Zaproszono mnie i posadzono obok Jerzego Kryszaka. Na scenie było kilka topowych modelek, m.in. moja ulubiona Ewa Pacuła. To był bardzo awangardowy pokaz. Większość facetów patrzyła na modelki, zainteresowana, czy mają fajny tyłek, a nie bieliznę. Nie ukrywam, że ja pewnie też… Kryszak to bardzo dowcipny człowiek. W pewnym momencie szepnął mi do ucha: ,,Janusz, chodźmy na piwo. Przecież one się nas wstydzą!” Faktycznie, to były bardzo młode dziewczyny, które przemykały, żeby jak najszybciej się schować. „Gdybym ja się tak wstydził wyjść na scenę to koniec” – odpowiedziałem Kryszakowi i w połowie pokazu wyszliśmy na piwo. Tyle pamiętam z ostatniego pokazu. Nigdy więcej nie byłem.

Dobrze ubrany muzyk w Polsce według ciebie?

Robert Gawliński ma styl. Obserwuję go od początku i zawsze był oryginalny. To nie jest facet, który otwiera jakieś drzwi, czy jest awangardowy, ale rozumie o czym śpiewa i w związku z tym wie, co na siebie włożyć. Poza tym, bardzo dobrze ubranym człowiekiem w branży jest według mnie Olivier Janiak. Wyczuwa modę jak mało kto. W Polsce według mnie najlepiej. Byłem z nim na sesji na Malediwach, zajmował się stylizacją. Pierwszy raz w życiu w ogóle się nie wtrącałem. Nie pamiętam, czy użyłem jakiejkolwiek swojej rzeczy. Byliśmy na wielkiej łajbie na środku Oceanu Indyjskiego. Zdjęcia wyszły niesamowicie! Księżyc, fale, w tle ludzie idący na imprezę… Pływaliśmy małymi motorówkami na puste wysepki zamieszkane tylko przez jaszczurki. Do jednego zdjęcia Janiak ubrał mnie w garnitur i białą koszulę – kompletna dzicz, a po środku niej facet, wyglądający jakby dopiero wyszedł z teatru…

Zdjęcia dzięki uprzejmości marki Domeno
5 Responses
  • ksiazkowepowroty
    6 sierpnia 2017

    Ja Panasewicza niestety nigdy nie lubiłam i to się raczej nie zmieni. Pomijając mój stosunek do jego zdolności wokalnych, odrzuca mnie jako człowiek. Twój wywiad, mimo że niewątpliwie świetnie przygotowany, niestety nie zmienił mojego podejścia. 🙁

  • Sylwia
    18 stycznia 2018

    Bardzo ciekawy wywiad 🙂 Trochę przemaglowałaś rozmówcę. Super się czyta takie rzeczy

  • Dominika Rygiel
    18 stycznia 2018

    Cóż za charyzmatyczna rozmowa! Z chęcią sama bym porozmawiała z p. Panasewiczem. Uwielbiam 🙂

  • Mama Aga
    4 marca 2018

    Przyjemnie się czyta. Miło skończyć tak niedziele. Dziękuję.

    • Róża
      4 marca 2018

      Bardzo mi miło 🙂 Dziękuję!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: