Sign up with your email address to be the first to know about new products, VIP offers, blog features & more.

EKSPERYMENT Z KREACJĄ

Piotr Rogucki, lider zespołu Coma, autor trzech solowych płyt i aktor, zaciekawił mnie tym, że uwielbia łamać zasady dress codu: Fryderyka odbierał w t-shircie, z orkiestrą symfoniczną występował w swetrze, do garnituru nosił różowe crocsy. Pod pretekstem mody opowiedział mi o tym, czy chciałby się zmierzyć z rolą, do której potrzebna byłaby radykalna zmiana wyglądu, czy kiedykolwiek wzorował się na innych artystach i jakie ma doświadczenia z wolną miłością…

Róża Augustyniak: Czym jest moda dla Piotra Roguckiego?

Piotr Rogucki: Jest to niewątpliwie bardzo interesująca dziedzina życia. Nie jest to kwestia, która spędza mi sen z powiek, ale jest to obszar mocno inspirujący i związany z praktyką, której dokonuję w postaci występów scenicznych. To, co się dzieje na co dzień, na ulicy, jest odrębnym światem od tego, co dzieje się na scenie. Świat sceniczny, zawsze jest pewnego rodzaju kreacją i stylizacją. Moda jest ważna, tak samo jak eksperyment z kreacją. Pewne doświadczenia na tym polu posiadam i nie zawsze są one przyjemne.

Często wspominasz, że jesteś świadomy nie zawsze przychylnych komentarzy, pojawiających się w kontekście niektórych twoich działań, a mimo to prowokujesz jeszcze bardziej, chociażby wyglądem.

Niestety, żyjemy w świecie, w którym zaczynają dominować bardzo konserwatywne głosy, uwsteczniające progres i proces rozwoju związany z globalnym kapitalizmem i postmodernizmem w dziedzinach artystycznych. Sposób w jaki się to odbywa jest często bezwzględny i bardzo wulgarny. Moje działania dotyczące kreacji z początku były nieśmiałe i eksperymentalne, aż w końcu przybrały rolę pewnej prowokacji. Jest to rodzaj katalizatora, który jest w stanie dokonać weryfikacji spojrzenia publiczności, czego dowody mogę znaleźć w komentarzach dotyczących mojego ubioru, makijażu czy charakteru owłosienia. Są grupy ludzi, którzy patrząc na twoją powierzchowność, od razu dokonują oceny i interpretacji ciebie. Wielokrotnie spotkałem się z komentarzami na temat tego jak wyglądam, co na siebie założyłem i nie są to słowa przebierające w środkach. Okazuje się, że moda i styl jaki przyjmujesz w konfrontacji z publicznością, z ludźmi, jest bardzo wyrazistym znakiem, który prowokuje, zmusza do przyjmowania jakiegoś stanowiska. Dla niektórych jest to wręcz nie do zaakceptowania, zwłaszcza w czasach kiedy nastąpił rodzaj przyzwolenia na ostracyzm i krytykanctwo pozbawioną głębszej refleksji. Jest to smutne i dziwne, bo historia zatacza krąg. Wiele razy konwencje i konwenanse dotyczące mody były łamane, a jednak w tym momencie zaczynamy wszystko od zera. Bunty hippisów, punków, metalowców – to wszystko już było i budziło emocje, ale okazuje się, że są to emocje, z których ludzkość nie jest w stanie się wyleczyć.

Artyści powinni chyba unikać czytania komentarzy w internecie, bo to zdaje się być dla nich niezdrowe…

Miałem okres, kiedy czytałem komentarze. Nie mogłem uwierzyć, że konfrontuję się na co dzień ze środowiskiem ludzi, którzy nie rozumieją pewnych schematów. Okazało się, że większość posługuje się stereotypami i kliszami wyniesionymi z wątpliwych moralnie i intelektualnie źródeł. Radio Maryja nie jest dla mnie wyznacznikiem tego poprzez jaki pryzmat powinna być oglądana rzeczywistość. To rodzaj skrajności polityczno-intelektualno-socjologicznej, która generuje złe emocje, mimo że podszyta jest pod zdrowe ideologicznie koncepcje. Nie zmienia to faktu, że jest szeroka grupa odbiorców, którzy nie dochodzą najczęściej do głosu i nie mają potrzeby wyrażania swoich opinii. Zauważam, że proces, którego dopuściłem się eksperymentując z zespołem w pewnych warstwach, sprawdza się i zaczyna gromadzić się wokół tego, co robimy bardziej świadoma grupa ludzi. Chłopaki z podwórka w rozciągniętych koszulkach, odwołujący się do naszej garażowej przeszłości, pozbawionej prowokacji, są rozczarowani. Mają za to w rękach narzędzie w postaci internetu oraz przyzwolenie podszyte pod ideologię, która zaczyna dominować, ale to nie robi już na mnie wrażenia. Nie da się zadowolić wszystkich. Wolę flirtować, nawet na niskim poziomie ze świadomą grupą, niż być bogiem dla nieświadomych, bo to kłóci się z pojęciem obowiązku, który na siebie nakładam i potrzebą rozwoju. Bycie najfajniejszym zespołem dla grupy, która nie kuma, o co chodzi jest nieuczciwe, kiedy wie się, że można zrobić coś głębiej – na poziomie nieprzystępnym dla wszystkich, ale satysfakcjonującym intelektualnie i perspektywicznym.

Całe moje życie polega na tym, że wchodzę w jakąś przestrzeń, którą się fascynuję a później zaczynam ją kontestować.

Miałam wrażenie, że fani rocka są bardziej wyrozumiali dla swoich idoli i daleko im do hejterów opluwających celebrytów na portalach plotkarskich.

Zrobiono badania, które wykazały, że najbardziej lubianymi muzykami są ci, którzy nie wykraczają poza konwencję i są przewidywalni. To się sprawdza, jeżeli całe życie chcesz być jak Metallica i odwoływać się ciągle do tego samego grona fanów. Fani rocka to rzeczywiście w dużej mierze ludzie, którzy docierają do treści, są bardzo oddani i nie są zbyt ekspansywni, dopóki się nie nachlają, ale sam rockowy etos – rzucanie się w tłum i tańczenie pogo – we współczesnym świecie ginie. Ludzie nie noszą się już na rękach podczas koncertów. To sporadyczna sytuacja. Kiedy zaczynaliśmy, zawsze był nieustający rząd ludzi, którzy skakali ze sceny. Myśmy też to robili ale odeszliśmy od tego, bo wygląda to dziwnie i tak też jest traktowane przez publiczność. Rock jako muzyka też odchodzi już odrobinę w niepamięć, bo nie jest to muzyka, która może przeżywać jeszcze rozwój. To kompletnie nieaktualna konwencja, pomijając to, że rock nigdy nie był traktowany jako konwencja. W okresie rozkwitu był raczej subkulturą, rodzajem przeżywania i wtapiania się w emocje. Fani identyfikowali się jeden do jednego z tym, co dzieje się na scenie, a teksty były mocno emocjonalne. We współczesnym świecie takie odczuwanie jest nieaktualne, ludzie wolą mieć więcej przestrzeni dla swojej wyobraźni i własnej interpretacji. Jakiś sentyment po tym jednak pozostał. Rock już nie spełnia tej funkcji, nie pozwala na takie przeżycia. Ale wydaje mi się, że potrzeba konfrontowania się z piosenką, niekoniecznie funkcjonującą jako dzieło artystyczne, zawsze będzie w ludziach.

Jakimi modami bawiłeś się jako nastolatek? Identyfikowałeś się z jakąś subkulturą? Byłeś w harcerstwie…

Harcerstwo było zabawą. Nigdy do końca nie byłem prawdziwym harcerzem, nie przechodziłem wieloletniego procesu wtajemniczania, od razu zostałem drużynowym. To była drużyna eksperymentująca artystycznie, jeździliśmy na festiwale muzyczne i przygotowywaliśmy spektakle. Chodziło raczej o uwalnianie wyobraźni i próbę wprowadzania czegoś nowego w schematy harcerskie, niż dostosowanie się do środowiska, które jest mało podatne na nowości, chociaż myślę, że w tym momencie rodzaj schematyczności środowiska harcerskiego jest pewną alternatywą dla rozwydrzonej rzeczywistości. Gdzie indziej możesz sobie pozwolić na to, żeby posiedzieć z ludźmi przy ognisku, albo spróbować wprowadzić w życie jakiś rodzaj reżimu, czy regularności, jak np. wstawanie o siódmej, kąpiel w jeziorze i apel poranny? Nigdy nie identyfikowałem się jeden do jednego z jakąś subkulturą, ale próbowałem znaleźć swoje miejsce poprzez kontestowanie miejsca w którym się znalazłem. Gdy byłem w technikum elektrycznym, musieliśmy zakładać mundurki na warsztaty. Źle się czułem w takiej uniformizacji, więc farbami olejnymi wymalowałem sobie na tym uniformie kwiaty. Często wtedy malowałem, bo wcześniej miałem w planach naukę w liceum plastycznym.

Byłeś trochę hippisem…

Tak, to była subkultura, z którą lubiłem się identyfikować, Miałem dłuższe włosy, chodziłem w rozciągniętych swetrach, nosiłem korale i naszyjniki, co dla niektórych moich kumpli było szokujące. Kupowałem rozszerzone spodnie, a jak nie mogłem ich dostać, prosiłem mamę, żeby wstawiała mi kliny. Malowałem na tych spodniach kwiaty i czułem się w tym doskonale. Miałem w tamtym okresie dwie, a nawet trzy dziewczyny!

Majaczy wolna miłość!

Próba wskrzeszenia tamtych czasów na własną rękę i odpowiedzialność nie powiodła się, chociaż był to bardzo ciekawy okres. Okazało się, że wszystkie te dziewczyny znają się.

W momencie, kiedy znajduję się na scenie, jestem osobą w jakiś sposób uprzywilejowaną. To sprawia, że mogę zaproponować coś, co wzbudzi jakiś rodzaj złamania rzeczywistości, kontestacji. (…) Za każdy rodzaj zaburzenia konwencjonalnej rzeczywistości płaci się jakąś cenę, ale to zazwyczaj prowadzi do ciekawego miejsca.

Kim byli wtedy twoi idole? 

W tamtym okresie identyfikowałem się mocno z trzema postaciami. Frapowała mnie powierzchowność i pomysły Davida Bowiego, a moim bogiem była Sinead O`connor. Napisałem nawet do niej list! Oczywiście nie dostałem odpowiedzi, bo adres, który znalazłem w jej biografii, był prawdopodobnie adresem jej managera. To, co robiła wywierało na mnie duże wrażenie, zarówno pod względem osobowości jak i zaangażowania, do momentu dopóki nie przesadziła. W końcu odczułem, że to już jest nakręcanie jakiegoś szaleństwa. Później poznałem Prince`a. W schronisku młodzieżowym w Krakowie spotkałem dziewczynę, z którą postanowiliśmy pojechać w góry. Wsiedliśmy do pustego autokaru, a kierowca, który go prowadził puścił kawałek w wykonaniu Prince`a i uświadomił mi że “Nothing compares to you” nie jest utworem Sinead O`connor. Bowie, Prince i O`connor robili wówczas na mnie największe wrażenie. Poza tym, głównym wyznacznikiem tego, czego słuchałem była dla mnie Lista Trójki. Czekałem na nią z magnetofonem i nagrywałem kawałki, które leciały. Czasem uczyłem się ich na pamięć. Był taki okres, że spędzałem wieczory z Markiem Niedźwiedzkim i słuchałem tego, co ma do powiedzenia. Nie miałem za bardzo innego dostępu do muzyki, bo pochodzę z rodziny, która nie ma nic wspólnego z gałęziami artystycznymi, więc nikt niczego mi nie podsuwał. Głównie wychowywała mnie ta lista. Później odkryłem, że to dopiero powierzchnia wszystkiego i że warto się w to zagłębiać.

Bardzo usilnie chciałeś zostać aktorem, miałeś jakiegoś mistrza, który zaraził cię miłością do tego fachu?

To, że poszedłem do szkoły aktorskiej wynikało z potrzeby eksplatowania swojej obecności na scenie. Jeżeli się na kimś wzorowałem, to zawsze trwało to bardzo krótko i do tej pory tak jest. Stałych mistrzów, z którymi się identyfikuję i którym wiele zawdzięczam po prostu nie mam. Jedyny mistrz o jakim mogę mówić to David Bowie, który sam zmieniał się bez przerwy. Z nim identyfikuję się najmocniej, ale mówiąc szczerze, całe moje życie polega na tym, że wchodzę w jakąś przestrzeń, którą się fascynuję a później zaczynam ją kontestować. Dzięki temu cały czas następuje pewien rodzaj rozwoju świadomości. Oczywiście mam swoich ulubionych aktorów. Np. Gary Oldman zawsze robił na mnie pozytywne wrażenie, mimo że chyba nigdy nie dostał dużej roli, która zrobiłaby z niego wielką gwiazdę. Lubię też Leonardo DiCaprio, ale dostrzegam jakiś rodzaj lenistwa i konformizmu, który wdarł się w to, co robi. Inny aktor, którego zawsze ceniłem to Mickey Rourke, który jak się okazało, jest niestabilny emocjonalnie. Przyciągają mnie najczęściej postaci, które nie mają wielkiej popularności, ale jest w nich rodzaj niezgody z rzeczywistością.

Lubisz zmieniać się na scenie, a czy chciałbyś zagrać rolę, do której musiałbyś bardzo zmienić się fizycznie?

Na razie nie jestem jeszcze na takim etapie. Poznałem pewne schematy pracy scenicznej i znalazłem sposób na to, żeby czuć się swobodnie, mieć swoje miejsce i móc generować działania, które po wcześniejszym, dobrym przygotowaniu, mogą się wydawać w miarę autentyczne. Wbrew pozorom, dzięki pracy na scenie muzycznej, a nie teatralnej, wypracowałem umiejętność wytrzymania obecności publiczności. Myślę, że teraz zaczyna się etap ciekawszej pracy, związanej z eksploatowaniem działań aktorskich. Szykuje mi się trochę fajnych zdarzeń w tym roku. Najbliższe sytuacje, które będą miały miejsce wymagają rzetelnego przygotowania w kwestiach technicznych, ale nie totalnej zmiany ode mnie. Nie wiem, czy potrafiłbym zagrać np. karła albo człowieka upośledzonego ruchowo czy psychicznie. Nie mam raczej takich ambicji i nie marzę o takich rzeczach. Jedyne o czym marzę to żeby móc pracować w tym kierunku i na razie wszystko do tego zmierza.

Okazuje się, że moda i styl jaki przyjmujesz w konfrontacji z publicznością, z ludźmi, jest bardzo wyrazistym znakiem, który prowokuje, zmusza do przyjmowania jakiegoś stanowiska. (…) Wolę flirtować, nawet na niskim poziomie ze świadomą grupą, niż być bogiem dla nieświadomych, bo to kłóci się z pojęciem obowiązku, który na siebie nakładam i potrzebą rozwoju.
Mówisz o sobie, że jesteś performerem. Zadałabym kolejne pytanie o inspiracje, ale widzę, że nie myślisz w kategoriach: ,,Będę jak Lupa” albo ,,Jak Zbigniew Libera”.

Myślę tak cały czas, ale są to drobne elementy. Gdy oglądam spektakl czy film, albo słucham płyty, tych zachwytów jest bardzo wiele. Za każdym razem gdy czytam książkę, która robi na mnie wrażenie, chcę być jej bohaterem albo pisarzem. Podobnie w innych przypadkach. Zbiór tych wszystkich zachwytów sprawia, że powstaje energia, którą muszę w dany sposób uwolnić, ale nigdy nie jestem jednokierunkowy. Nigdy nie chciałem być jak jeden artysta. To może coś ułatwić w pracy nad konkretnym charakterem, ale u mnie to raczej zbiór różnych zachwytów, z których te najistotniejsze przejmują dowodzenie, ale to nie jest świadoma praca.

Na co dzień widać, że potrafisz się dobrze ubrać, ale zdaje się, że świadomie łamiesz zasady: konwencji związanych z danym miejscem i samego myślenia o stroju. Z orkiestrą symfoniczną występujesz w swetrze, Fryderyka odbierasz w t-shircie, a mankiety koszuli wystają ci spod rękawów marynarki o jakieś dziesięć centymetrów za dużo…

W momencie, kiedy znajduję się na scenie, jestem osobą w jakiś sposób uprzywilejowaną. To sprawia, że mogę zaproponować coś, co wzbudzi jakiś rodzaj złamania rzeczywistości, kontestacji. Miałem przyjemność poznać Korę, która często mówiła: ,,Piotrek, mogłoby być miło, ale to jest takie nudne. Niech coś się dzieje, pokłóćmy się z kimś, zajdźmy komuś za skórę, weźmy jakąś odpowiedzialność za siebie”. Oczywiście, za każdy rodzaj zaburzenia konwencjonalnej rzeczywistości płaci się jakąś cenę, ale to zazwyczaj prowadzi do ciekawego miejsca. Nie wszystkie pomysły i zabiegi są do końca zamierzone ale dzięki nim jest ciekawie. Nie zawsze jest to potrzebne, czasami wiem, że coś było przegięciem i może ciekawiej byłoby gdybym tego nie robił. Największym moim problemem były różowe klapki. Pewnego dnia założyłem różowe crocsy i nagle okazało się, że są one ważniejsze ode mnie. To było dla mnie tak zabawne, że stwierdziłem, że skoro to tak działa na ludzi, muszę ich tym w pewien sposób stymulować i podrażniać. Niektórzy wręcz nie wytrzymywali i pisali do mnie długie listy, żebym się nie kompromitował, a to były przecież tylko głupie, śmieszne, różowe buty. Sam ten kolor już drażnił. Nazywali mnie ,,pedałem”, myśląc, że może mnie to obrazić. Nie wiedziałem, że kolor butów jest w stanie wygenerować w ludziach takie emocje. Kupiłem je świadomie, chcąc stworzyć kontrast do czarnego garnituru.

Zakładałeś je często na nagrania Must Be The Music i koncerty. Widziałam jak fani prosili cię o autografy na nich…

Pare razy mi je skradziono, stworzyłem chyba nową subkulturę…

Przy Must Be The Music współpracowałeś ze stylistką.

Tak. Nie miałem aż tylu kreacji, które mógłbym wykorzystać. Chciałem żeby było barwnie, kolorowo i modnie. Dzięki współpracy z Kasią Łaszcz poznałem kilku ciekawych projektantów, np. Tomasza Ossolińskiego. Miałem okazję pochodzić w jego rzeczach, co było niezwykle przyjemne. Haratyk też zrobił na mnie duże wrażenie.

Używanie makijażu przez mężczyzn uważane jest często za niemęskie, ale w przypadku rocka to przecież powszechne. Gwiazdy od zawsze malują sobie oczy, paznokcie i noszą długie włosy…

Chyba jedynie w Polsce uważane jest to za niemęskie. Gdy ja maluję sobie powieki, pojawiają się wulgarne pytania o to, czy jestem pedałem, a przecież historia rocka pokazuje, że nie takie rzeczy ludzie robili. Wiele rockowych gwiazd, które stały się kultowe było homoseksualistami i nikt nie widział w tym problemu. Konserwatywna rzesza fanów oklaskiwała Freddiego Mercury`ego, który był jawną drwiną z tej kultury. David Bowie też prowokował swoimi wystąpieniami. To nie przypadek, że takie rzeczy są stosowane przez artystów. Chodzi o pokazanie ludziom, że świat nie składa się wyłącznie z czarnych i białych kolorów, że nie jest jednoznaczny i że należy doceniać, umieć dostrzec i szanować piękno złożonej rzeczywistości i dawać przyzwolenie na wszystko, bo tak wygląda świat. Dopiero wtedy, moim zdaniem, jest się prawdziwym człowiekiem, kiedy jest się w stanie, w swoim umyśle pogodzić z tym faktem.

Wywiad ilustrują fotografie autorstwa Alberta Pabijanka.

Żeby być na bieżąco z nowymi wywiadami i aktualnościami, polub fanpejdż VANDERBLAAST na Facebooku!

No Comments Yet.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: